Wielkanoc na Podhalu, Polska

Wielkanoc na Podhalu, Polska

Osiemdziesiątego dziewiątego dnia Bóg zesłał na ziemię pożar.

Raptownie wybrzmiał głośny ryk syren. Mieszkańcom Pewnej Wsi na Podhalu nieprzyjemnie zawibrowało w uszach. Wszyscy czym prędzej wybiegli na balkony, przekrzykując się gromko, gdzie to tak błyska i kto mógł wzniecić na wzgórzu ogień.

W oddali buchały czerwienią trawy leciwe jak ciała staruszek - cienkie, wyblakłe, wysuszone, frywolnie sterczące ku niebu, zaglądające ciekawsko w chmury jak do sąsiadów. Bliżej im do nieba niż do ziemi, choć noszą w sobie plugawe profanum. Było w nich coś wielkanocnego - paliły się za nasze grzechy.

Z jednego balkonu do drugiego przekrzykiwali się ludzie:

-To pewno Wojtkowski wypolo, ôn to tak lubi we wielko sobotę!

-E dejciez spokój, ale ze nawet w wielko sobotę...

Ludzie przestępowali nerwowo z nogi na nogę, znajdując się na swoich kawałkach trybun umieszczonych w bezpiecznych wycinkach rzeczywistości. Zapalczywy entuzjazm wszystkich balkonowych uchodźców omal sam nie spalił traw naokoło. Kwarantanna, takie rozrywki są w cenie. Każdy lubi masochistycznie popatrzeć, jak rzeczywistość wywraca się na lewą stronę.

Tymczasem moje myśli zajmowała zupełnie inna kwestia: ci ludzie rzeczywiście i autentycznie byli w tym razem. Nie było między nimi mentalnych płotów. Owszem, ktoś hałasował w nocy, a ktoś inny kogoś oszukał na pieniądze, ale gdy przychodziło co do czego... w moim ulubionym filmie Adaś Miauczyński powiedział, że co to za ponury absurd, decydować o życiu za młodu, kiedy jest się kretynem... Sparafrazowałabym ten cytat i powiedziała: co to za ponury absurd, nie znać własnego, osobistego sąsiada? Nawet jak trawę podpala!

Pożar wciąż rozdzierał ciemną kotarę lasu, rwąc ów las na pojedyncze pasemka. Płomienie te mimochodem i gwałtem wdzierały się w krew mieszkańców. Ich własne języki przypominały falujące nieregularnie języki ognia: wykrzykiwali co i rusz przypadkowe słowa, jedne popędzające drugie jak groźny bicz. Byli w tym razem.

Nie bałam się. Wręcz przeciwnie: czułam w sobie kojące zaufanie do porządku natury układające się wewnątrz mnie do snu jak leniwy, miękki kot z łaskoczącym języczkiem. Tak to już na wsi działało. Gdy nadchodził czas, źdźbła traw stawały się nagle cieńsze i ostre jak końcówki noży, a głazy na polanie łypały złowrogo swymi twardymi krańcami. Ostre stawały się krawędzie lasów, a pod nimi świszczał złowrogo wiatr. Świat blaknął i juz nie pozwalał się ze sobą spoufalać.

Poza tym byłam tam z nimi.

Cały wieczór marzliśmy w altance, pijąc musujące wino i grając w planszówki, paląc się do wymyślania coraz to bardziej abstrakcyjnych haseł. Ktoś od niechcenia stwierdził, ze to wino jest chyba juz zepsute. Oblizałam delikatnie wargi, czując na języku resztki sfermentowanych winogron. A może ogień to takie sfermentowane powietrze? - nasunęło mi się na myśl.

Spostrzegłam, że pożar ma nad mieszkańcami niemą władzę. Bez wysiłku sprawił, że wszyscy zebrali się na posterunkach. Byli w tym.

Nazywali wydarzenia, jakby tylko to, co nazwane, mogło być oswojone i obłaskawione. Ogień to światło. Jednak nie każde światło jest pożyteczne. Nie każde światło jest dobre. My, jako ludzkość, sami daliśmy sobie prawo do podziału świat(ł)a na to dobre i na to złe. Sami ubraliśmy się w boskie uniformy.

Dziewięćdziesiątego dnia Bóg, mając w pamięci wydarzenia ostatniego dnia, wymyślił wspólnotę i rzekł: błogosławieni ci, którzy trzymają się we wspólnocie, albowiem tylko oni zdołają zbudować arkę.

Dziewięćdziesiątego drugiego dnia Bóg spojrzał, splunął pod nogi na nierówny chodnik i mruknął pogardliwie: Mam w dupie duże miasteczka.

Byli.

Władam słowem jak Kmicic szablą. Tworzę pejzaże postturystyczne i zastanawiam się, na ile turysta podobny jest do naturysty.
Łętownia, Polska →

Zapisz się i otrzymuj moje nowe wpisy prosto na maila!

Możesz też obserwować mnie przez RSS używając Feedly!
Udostępnij
Twitter icon Twitter Facebook icon Facebook Pinterest icon Pinterest Reddit icon Reddit
Dzięki za subskrypcję i do usłyszenia!