Ropki, Polska

Ropki, Polska

A gdy nadchodzi wieczór, zrodzony jakby z kilku ciężkich parć dnia, wszystko zdaje się nosić znamiona Ulgi. Najpierw Dzień poci się, próbując znaleźć ukojenie w zagajnikach nad strumykiem; krztusi w swej codziennej syfyzowej roli, przyjmuje toczące się po nim kamienie potu tylko po to, by wydać z siebie ostatnie już tchnienie, parcie, przyjąć tę cykliczną eutanazję. I to już- zgrabnie zostanie narzucona nań plandeka.

Ropki położone są granicznie, jakby niezdecydowane, czy to już Słowacja, czy jeszcze Polska. Jeśli zdiagnozowane przez specjalistę, najpewniej miałyby zaburzenia afektywne dwubiegunowe. Albo typowe borderline. Noce i dnie zdają się zdawać sobie z tego w pełni sprawę, przejmować charakter i tożsamość po swej Alma Mater. Budynki tu mogłyby być równie dobrze budovami, ogrody- záhradnemi, drogi- spôsobami. Zdawać się może, że tylko powiew motylich skrzydeł na drugiej półkuli zdecydował o bieżącym stanie rzeczy. Tylko jakiś przypadkowo, dla zabawy po pijaku, wyrzucona zardzewiała reszka. Delikatna wibracja szeptu wszechświata, nic więcej.

Takie są tu też noce- graniczne. Nie ma w nich miejsca na kompromis. Zakrawa to o pewną karykaturalną kreskówkowość. Księżyc tu przybiera formę, jaką znamy z dziecięcych bajek- miedzianego, przygarbionego starca w spiczastej, infantylnej czapeczce. Wszyscy wiemy, że cyklicznie przybiera on na wadze, przybywa mu podściółki tłuszczowej, by później mógł intensywnie się odchudzać, lecz w kreskówkach zrzuca się na to zasłonę milczenia. Ropki najwyraźniej solidaryzują z bajkami.

A pamiętacie z dzieciństwa budowanie baz w łóżkach? Tak właśnie czuję się pod plandeką nocy- jakby granatowy, aksamitny welur osłaniał mnie od wszelkiego zła, jakie istnieje we wszechświecie, otulał, chroniąc sekrety dorosłych i głaskał po twarzy, kołysząc powieki. Jeśli jednak zdarzy się, że podniosę szczelne kurtyny rzęs znad powiek, okazuje się, że plandeka prześwituje srebrzystością i obnaża sekrety świetlnej celebracji, tajemnego, hucznego zgromadzenia za kotarą. Jestem pewna, że to właśnie tam jest światłość– a my, ludzie, musimy wyssać odpowiednią ilość soków z ziemi, wytarzać się w swym gnuśnym profanum, splugawić nieco, by móc się tam wznieść.

Władam słowem jak Kmicic szablą. Tworzę pejzaże postturystyczne i zastanawiam się, na ile turysta podobny jest do naturysty.
← Reykjavík, Islandia
Jeddah, Arabia Saudyjska →

Zapisz się i otrzymuj moje nowe wpisy prosto na maila!

Możesz też obserwować mnie przez RSS używając Feedly!
Udostępnij
Twitter icon Twitter Facebook icon Facebook Pinterest icon Pinterest Reddit icon Reddit
Dzięki za subskrypcję i do usłyszenia!