Nowy Sącz, Polska

Nowy Sącz, Polska

Nowy Sącz - miasto, które kaszle. Ciągle kaszle z płucami podrażnionymi nigdy niekończącym się smogiem. Wypluwa z siebie flegmę smutnych, podstarzałych ludzi płynących po chodnikach jak niechciany produkt uboczny organizmu miasta.

Niektórzy, zobleśnieni, przyklejają się do tylnej ściany gardła, a miasto próbuje się go pozbyć, odcharknąć jak najdalej. Czasem mu się udaje - wiem, bo przysłuchuję się rozmowom w Żabce. Zmieniam pracę na lepiej płatną - ostatnio opowiadała jedna z pań w wyżej wspomnianym sklepie - nie ma co za dużo się po tym wszystkim spodziewać, ale życie za granicą zawsze jest jakieś spokojniejsze, bardziej dostatnie. Właściwie to nie wiem, kiedy minęło to sześć lat. Miasto odcharkuje ich do Niemiec, Holandii, Anglii. Płyną tam gęstą flegmą. Zwalniają przestrzeń w sądeckiej krtani.

Nowy Sącz - położony nad dwiema rzekami, jakby zaklinowany między wodą, a wodą. Pływający w jednolitym sosie jak tuńczyk. Miejski wodnik. Niedoszły topielec po psychoterapii, który kiedyś chciał zwrócić na siebie uwagę, nosząc dumne miano miasta wojewódzkiego, ale potem oddał je, uznając swoją wartość i bez niego. I słusznie.

Od samego początku uwielbiam przechadzać się kamienistymi uliczkami Starego Miasta, odnajdując co i rusz ciasne tajemne przejścia rodem z prawdziwych Włoch i potykając się o twarde, wystające kamienie. Zresztą można znaleźć tu knajpę prowadzoną przez prawdziwego Włocha, gdzie tiramisu smakuje słońcem Tyrolu.

Polska Wenecja - powiedzieliby niektórzy. Uśmiecham się pod nosem w odpowiedzi, bo niesłusznie (poza tym bardzo nie lubię tego typu określeń), ale trzeba przyznać, że Nowy Sącz aspiruje. Jest tyglem światowych kulinarnych wynalazków - można tu zjeść tajskie lody, naprawdę pyszne sushi, które nie sposób znaleźć w dużych miastach, objeść się po uszy glutenem z tłuszczem zwanym potocznie pizzą. Posiedzieć w kawiarni na plantach, popijając popołudniową kurtuazyjną herbatkę.

Na wzgórzu dumnie króluje (nomen, omen) baszta zamkowa. Czuwa nad grodem lekko omszała, lekko spróchniała, przygryziona jak warga cesarza. Dumnie sterczy mimo upływającego czasu. Sprawia wrażenie bacznego obserwatora.

Nie mogę doczekać się, aż będzie naprawdę ciepło - chaszcze nad rzeką nieopodal mojego domu wyglądają wyjątkowo zachęcająco. Póki co pływają tam wyłącznie kaczki-morsy, ale latem... latem będzie można moczyć stopy i udawać, z zapałem godnym lepszej sprawy, że zima nigdy nas nie dotyczyła. Latem sądeckie pagórki i okoliczne dróżki ożyją, a ludzie wyjdą z domów zaciekawieni tą animizacją. Latem dowiem się, dokąd prowadzą nadrzeczne bulwary. Dowiem się, mimo że już wiem. Wtedy po prostu dowiem się stopami. Latem, jak co roku, odbędzie się Festiwal Dzieci Gór - podniosły śmiech krótkowzrostnych przyjezdnych będzie wypełniał przestrzeń jak echo.

Czuję, że Nowy Sącz jest dla mnie takim chłopakiem, za którego nigdy nie wyjdę za mąż, ale to dobry chłopak, zawsze dzień dobry mówi, mamy wspólnych przyjaciół. Pochodzę z nim chwilę, poobserwuję z ciekawością; z czułością i znajomością słabych i mocnych stron pogłaszczemy się po policzku, a potem, bogatsi w doświadczenia, rozstaniemy się, by poznać miłość swojego życia.

Jestem tu nowa. Z okna widzę niedziałającą już stację PKP, na której młodzież pije piwo wieczorami, machając zwisającymi z murka nogami. Wymarzyłam sobie wypicie z Sączem na tej stacji bruderschafta w postaci podłego wina, gdy tylko zrobi się ciepło. Świadkami będą nam przyjaciele.

Władam słowem jak Kmicic szablą. Tworzę pejzaże postturystyczne i zastanawiam się, na ile turysta podobny jest do naturysty.
← Samotna podróżniczka, Arabia Saudyjska / cz.1
Reykjavík, Islandia →

Zapisz się i otrzymuj moje nowe wpisy prosto na maila!

Możesz też obserwować mnie przez RSS używając Feedly!
Udostępnij
Twitter icon Twitter Facebook icon Facebook Pinterest icon Pinterest Reddit icon Reddit
Dzięki za subskrypcję i do usłyszenia!