Czasy zarazy z perspektywy Boga, Nowy Sącz

Czasy zarazy z perspektywy Boga, Nowy Sącz

Pewien buddyjski mistrz, zapytany o uniwersalną radę i pocieszenie dla absolutnie każdego i w każdej możliwej sytuacji, zadumał się przez pewien czas, po czym odrzekł: Pocieszenie? Wszystko kiedyś minie.

Okazuje się, że Szymborska była buddyjskim mistrzem, nie wiedząc o tym za życia (mówcie co chcecie, ale bycie oświeconym bez świadomości tego faktu uważam za wyższy poziom zen).

Jesteś
a więc musisz minąć
Miniesz
a więc to jest piękne

Ostatnio wleźliśmy na górę. Z góry, nawet niewielkiej, wszystko lepiej widać. Może dlatego wydaje nam się, że to właśnie na górze jest Bóg? Bo w sumie co on, biedaczyna, dostrzegłby spod ziemi? Pod ziemią to najwyżej rosnąć mogą zimnioki - a i one, jak wykiełkują, wydobywane są na górę. Na górę, na podobieństwo Boga, włażą też najczęściej wszelkiej maści mistrzowie zen wraz ze swoimi klasztorami i inni handlarze oświeceniem. Nawet Syzyf wtaczał swój głaz pod górę, nieustraszon!

Cały świat zresztą zdaje się funkcjonować w trybie wertykalnym. W trybie wertykalnym rozwijają się ludzie. Nie bez powodu z uznaniem mówi się: piąć się po szczeblach kariery, postawić kogoś do pionu, a z pogardą: leżeć jak długi na przykład. Albo umieranie - umiera się też w poziomie.

Zastanawialiście się kiedyś nad tym, dlaczego pion w języku tak często lepszy jest od poziomu?

(no, ale nieważne.)

Wleźliśmy więc na tę górę, nie wiedząc, na co liczymy. Staliśmy wśród wysokich traw. Roztaczał się przed nami widok na onieśmielająco szeroki horyzont - a w nim rudawo-beżowa czapa świata uziemionego w kwarantannie. Cisza zawarła nas w swoim ciepłym uścisku. Drzewa kwitły w najlepsze, puszczając bezczelnie pąki prosto ze swych bytów - one nie wiedziały, że mają nie okazywać oznak życia.

Nastał zmierzch. Noc to dzień wywrócony na lewą stronę; dzień widziany od wewnętrznej podszewki. W nocy zmuszeni jesteśmy do improwizacji - nic nie jest znane, nic nie przybiera tych samych, znajomych za dnia kształtów. Nocą znikają zobowiązania, których podjął się dzień. Kolory udają się na zasłużony odpoczynek - zmieniają je cienie rzucane przez przedmioty przykryte kotarą.

Rozpaliliśmy ognisko, jakby poszukując choćby płomyka nadziei w tych trudnych czasach, gdy ludzie są tak razem i tak osobno. Ogień zawsze mnie zachwycał - uważam, że tlące się drewno przybiera kolor najdroższego złota. Płomienie grały ze sobą w berka, trzaskając wesoło.

A ja myślałam.

***

Mam wszystko. Mam bliskość, przed którą jeszcze niedawno tak drżałam. Mam coraz większą odwagę, która wyrasta z wrażliwości i obie coraz radośniej kroczą ze sobą w parze. Coraz śmielej twierdzę, że już potrafię w siebie. Coraz mniej we mnie cierpliwości do marnotrawienia - miłości, talentów, umiejętności, czasu.

Dlaczego czas miałby zabrać mi te zasoby? To tylko on - kołowrót. Buduje i burzy.

***

Siedzieliśmy przy ognisku, patrząc, jak wszechświat daje nam Znaki. Jest, a więc musi minąć. Minie, a więc to jest piękne.


Władam słowem jak Kmicic szablą. Tworzę pejzaże postturystyczne i zastanawiam się, na ile turysta podobny jest do naturysty.
← Łętownia, Polska
Samotna podróżniczka, Arabia Saudyjska / cz.1 →

Zapisz się i otrzymuj moje nowe wpisy prosto na maila!

Możesz też obserwować mnie przez RSS używając Feedly!
Udostępnij
Twitter icon Twitter Facebook icon Facebook Pinterest icon Pinterest Reddit icon Reddit
Dzięki za subskrypcję i do usłyszenia!